




W barze Zarina bez zmian
W barze Zarina bez zmian.
Od lat to samo menu, ten sam kiczowaty obrazek na ścianie przedstawiający siedem
wodospadów o zachodzie słońca i ten sam trzykrotny przerost ilości kelnerek w stosunku
do klientów.
Przez ostatnie 4 lata w drodze na Chan Tengri przynajmniej kilka dni spędzaliśmy w
miasteczku Karakol na północnym - wschodzie Kirgistanu, stołując
się w lokalnym barze Zarina. Lagmany, pielmieni, barszcze ukraińskie i lepioszki z piwem –
wszystko świeże i bardzo smaczne. W tle najnowszy przebój kirgizo–disco. Nic się nie
zmieniało. Tylko gości z każdym rokiem jakby mniej.
Wizja Akajewa
Bar Zarina nie jest bynajmniej symptomem pozytywnych przemian w kraju. W Kirgistanie sprawy idą źle – olbrzymie bezrobocie, brak jakichkolwiek perspektyw rodzący frustrację, bandytyzm, korupcję i ksenofobię. Nie ma tutaj – tak jak w Kazachstanie, czy Turkmenistanie – surowców mineralnych, ropy naftowej i gazu ziemnego, które mogłyby dać bardziej optymistyczną prognozę przyszłości. Prezydent Askar Akajew ogłosił więc w latach dziewięćdziesiątych swoją wizję poprawy sytuacji – należy postawić na turystykę!
Prezydenta Akajewa usunęła rewolucja w 2005 r., zmuszając go do ucieczki helikopterem do Rosji. Pewnie teraz żyje sobie spokojnie w podmoskiewskiej wilii, a zgromadzonymi w bankach szwajcarskich dolarami popiera turystykę w Alpach. Akajewa w Kirgizji już nie ma, a co zostało z jego pomysłu?
Kirgistan jest krajem wybitnie górzystym. Ocenia się, że 95% terytorium kraju położna
jest w górach, z czego 40% leży na wysokości powyżej 3000 m n.p.m. Ozdobą Kirgizji są
pasma Pamiru i Tien Shan, a także jedno z największych i najgłębszych jezior w Azji
Centralnej – Issyk Kul. Prawdziwym magnesem dla wspinaczy pozostają dwa
siedmiotysięczniki –
Pik
Lenina (7134 m n.p.m.) oraz wspaniała marmurowa piramida Chan
Tengri (6995 / 7010 m n.p.m.). Jest jeszcze najwyższy szczyt Tien Shan - Pik Pobiedy
(7439 m n.p.m.), ale ze względu na olbrzymie trudności nie przyciąga on większej ilości
amatorów aż do tego stopnia zaawansowanego „białego szaleństwa”.
W 2002 r., aby zachęcić zachodnich alpinistów, rząd zniósł wizy wjazdowe i opłaty za zdobywanie szczytów. To była wspaniała wiadomość dla początkujących wspinaczy, którzy dopiero rozpoczynali przygodę z górami wysokimi i niekoniecznie dysponowali funduszami niezbędnymi na himalajskie olbrzymy.
Kiedy po raz pierwszy pojechałem do Kirgistanu w 2002 r., bilet lotniczy Warszawa – Moskwa – Bishkek kosztował równowartość 350 USD. Przelot helikopterem z bazy wojskowej Maydaadyr do bazy głównej pod Chan Tengri i z powrotem kosztował 200 USD. Koszt całej miesięcznej wyprawy można było zamknąć kwotą tysiąca dolarów. To była niebagatelna różnica finansowa w porównaniu z tym, ile trzeba było wydać, aby zmierzyć się ze szczytami w Nepalu, Indiach, czy Pakistanie.
Dzisiaj niby dalej nie ma opłat szczytowych w Kirgistanie, ale przelot helikopterem pod Chana kosztuje już 600 dolarów. Jeszcze więcej należy zapłacić za samolot do Bishkeku. Mając w kieszeni dwa tysiące dolarów każdy dwa razy się zastanowi, czy nie lepiej oddać się nieco bardziej egzotycznym nastrojom panującym w knajpkach Kathamndu, Gangotrii, czy Skardu, zamiast pogryzać lepioszkę w barze Zarina.
Liczba zachodnich turystów w Kirgizji maleje. Pociąga to spadek dochodów agencji
trekkingowych. Co robią agencje? Oczywiście wyrównują straty podnosząc ceny usług.
Ceny
w Kirgistanie zrównują się z cenami w Nepalu i Pakistanie.
W konsekwencji, liczba turystów w Kirgizji maleje jeszcze bardziej. Błędne koło.
Siły natury też nie rozpieszczają
O chętnych na wyjazdy na Chan Tengri nie ma się co martwić. Piękno tej góry zawsze ściągnie rzesze wspinaczy. Dla Chana można zapłacić każde pieniądze. Szkopuł jednak w tym, że po pierwsze: gospodarka Kirgistanu się nie polepszy przez przyjazd do kraju kilkudziesięciu cudzoziemców, a po drugie: Chan jest szczytem granicznym i obecnie większość alpinistów wybiera podróż przez Kazachstan.
Północna strona szczytu ma zdecydowanie więcej zalet – droga wejściowa (Sołomotow’74),
prowadząca przez północny wierzchołek Piku Czapajewa, ma charakter wspinaczkowy, a nie
trekkingowy, a przy tym jest o wiele bardziej bezpieczna. Wchodząc od strony kirgiskiej
na Przełęcz Zachodnią oddzielającą kopułę szczytową Chana od Czapajewa narażamy się na
lawiny. Przechodząc ten odcinek nocą nikt nie zadaje sobie pytania, czy zejdzie lawina,
ale o której godzinie zejdzie – zwykle schodzą około 7.00, gdy pierwsze promienie słońca
dosięgają wschodniej ściany Piku Czapajewa. Każdego roku, pomiędzy obozem I a obozem II
giną ludzie. Jedna z największych tragedii zdarzyła się w sierpniu 2004 r. Wówczas lawina
zeszła trochę wcześniej – o 5.00 rano zginęło 11 osób, w tym 5 Czechów, 3 Rosjan i 3
Ukraińców. Kilka dni później spotkaliśmy Petera w restauracji w Karakolu (nieopodal
Zariny). Pił wódkę i palił papierosy. Powiedział nam, że „feralnej” nocy zamarzł mu
budzik w namiocie. Zaspał o godzinę. Wypadł z namiotu przestraszony, że nie zdąży do
dwójki przed świtem. Lawina zatrzymała się sto metrów przed nim. Żółta kartka od Pana
Boga.
W 2005 r. nie było już Czechów pod Chanem od południa. Baza od strony kirgiskiej z roku na rok pustoszeje.
A może to jakieś fatum?
Black hawks down
Zawsze pierwszy dzień w bazie pod Chanem na południowym Inylczeku spędzaliśmy włócząc
się po lodowcu dla polepszenia aklimatyzacji. Atrakcji mieliśmy sporo – m.in. pozostałości
sprzętu po poprzednich wyprawach oraz wrak helikoptera w całkiem niezłym stanie. Katastrofa
zdarzyła się chyba w 2000 r.
Turyści nie
mieli szczęścia – podczas lądowania powiał silniejszy wiatr i śmigłowiec przewrócił się
na bok. Z drugiej jednak strony zawsze można powiedzieć, że szklanka jest do połowy pełna.
Turyści mieli dużo szczęścia - tylko jeden pasażer ucierpiał łamiąc sobie rękę.
Lądujące w górach helikoptery stanowią bardzo malowniczy dodatek do krajobrazu. Świetnie prezentują się na zdjęciach. Białe szczyty, tumany śniegu wznoszonego wirującymi śmigłami, niebieskie niebo. 8 sierpnia 2005 r. stałem z aparatem fotograficznym przygotowanym do strzału. Wznosił się właśnie śmigłowiec z 21 turystami na pokładzie. Minutę po tym, jak oderwał się od ziemi, wszyscy już zdali sobie sprawę, iż jest tak ciężki, że daleko nie poleci.
Szklanka znowu okazała się do połowy pełna. Wszyscy przeżyli, chociaż byli bardzo poparzeni, a niektórzy również połamani.
Nie wiem ilu wspinaczy przyleciało do kirgiskiej bazy pod Chan Tengri następnego lata ponieważ ja przerzuciłem się na Inylczek Północny. Widziałem natomiast, jak dużo namiotów stało w obozie III pod Przełęczą Zachodnią w miejscu, gdzie biwakują alpiniści przychodzący od południa. Dwie albo trzy pałatki.
W ostatnich latach ubyło Kirgistanowi drastycznie helikopterów – flota powietrzna uszczupliła się o 2 lub 3 śmigłowce (nie mam danych, czy polot Akajewa wrócił z Moskwy). Najprawdopodobniej już ostatni kirgiski MI-8 lata do bazy pod Chanem, a na następne maszyny nie ma oczywiście pieniędzy.
Enklawa Lenina
Yurtcamp Turkestan jest w Karakolu prawdziwą enklawą dla innostrańców. Wśród sadu owocowego – drzewek morelowych, śliwek i jabłoni - turyści mogą spędzić nocleg wedle życzenia - we własnych namiotach, albo w zadbanych i bardzo wygodnych jurtach. Gospodarze prowadzą stołówkę, w razie potrzeby załatwiają formalności z rejestracją i zameldowaniem, a także organizują wycieczki, transport, rezerwują bilety lotnicze.
W głównym biurze wisi na ścianie obrazek przedstawiający Lenina tłumaczącego swoje
„dzieła” Stalinowi. Wisi tak dla żartu. Ale takiej ilości pomników Lenina, co w
Kirgistanie, najprawdopodobniej nie ma we wszystkich pozostałych byłych republikach
radzieckich razem wziętych. A pomników nie stawia się dla żartu. Na ulicach Bishkeku
monumentów tego geniusza jest co najmniej kilkanaście, chociaż trzeba uczciwie przyznać,
że w 2004 r. władze miasta nakazały przenieść Lenina z głównego placu defiladowego w
nieco mniej eksponowaną uliczkę stolicy.
W 2006 r. po powrocie z wyprawy na Chana,
jadąc dziurawą drogą wynajętym samochodem z
Karkary do Karakola, przez kilka godzin słuchaliśmy sentymentalnych opowieści naszego
kierowcy o wyższości standardu życia w socjalizmie. Tłumaczył nam, że za czasów Związku
Radzieckiego żyło się w Kirgizji skromnie, ale jakoś się żyło. Dzieci chodziły do szkoły,
każdy miał jakąś pracę, „jakoś” funkcjonowała służba zdrowia. Teraz dzieci na wsi do szkoły
nie chodzą, a jak szkoła ma w ogóle funkcjonować to sami rodzice muszą opłacić pensję
nauczyciela, skrzyknąć się, żeby przeprowadzić niezbędne remonty.
Praca – marzenie.
Ewentualnie można założyć kantor, sklep monopolowo – spożywczy (półki
pełne butelek z wódką i jedna lodówka z serem żółtym i konserwami rybnymi) albo też
handlować arbuzami na targu. Lekarzy prawie nie ma, za to w Karakolu - o dziwo - jest
apteka przy aptece. A co najdziwniejsze, biznes farmaceutyczny doskonale współegzystuje z
branżą walutową – niemal w każdej aptece prowadzony jest kantor.
Po upadku ZSRR kto mógł wyjechać, to wyjechał. Do Rosji przeniosła się znakomita większość kirgiskich Rosjan, wyjeżdżają nieliczni już lekarze. Nasza koleżanka Julka studiowała w Akademii Turizma w Biszkeku. W kraju nastawionym na turystykę takie wykształcenie wydawało się perspektywiczne. Teraz - będąc już magistrem - Julka gotuje i zmywa naczynia w bazowej stołówce. Też by chciała wyjechać, dołączyć do siostry w Stanach, ale nie ma żadnych szans na wizę.
Szofer opowiadał nam, że w jego oczach symbolem upadku kraju są coraz częściej pojawiające się na ulicach miast dorożki. Dawniej nie do pomyślenia.
Karykaturalny komunizm zastąpiono „nie wiadomo czym”, bo na pewno nie kapitalizmem.
Panuje tu ustrój oparty na rządach rodzinno – mafijnych. Teraz frustracja, korupcja i
bieda zacznie zapewne przekształcać owo „nie wiadomo co” w fundamentalizm religijny.
Proces ten się
już rozpoczął na południu kraju w Osh.
Yurtcamp opustoszał
W 2003 i 2004 r. Yurtcamp tętnił życiem. Był prawdziwą kosmopolityczną komuną. Spotykaliśmy m.in. Anglików, Irlandczyków, Niemców, Amerykanów, Czechów, Francuzów, Ukraińców i oczywiście Polaków. Pamiętam, jak nocą wszystkie - tzn. wszystkie trzy - lokale w miasteczku zapełniały się obcokrajowcami (bar Zarina zamykają około północy). Wesolutka zabawa trwała do białego rana i mogliśmy prawdziwie odreagować od stresów po wyprawie.
Począwszy od 2005 r. nie poszliśmy już „na miasto” po zmroku. Prawie nikt nie przyjechał do Karakola, Yurtcamp opustoszał. Najprawdopodobniej chaos związany z przewrotem u steru władzy zrobił swoje. Tego roku było więcej niż pewne, że Amerykanie i Francuzi nie przyjadą. Tylko kilku Czechów i Litwinów. Rok później jeden Polak na rowerze. Przebukowaliśmy bilety powrotne, aby jak najszybciej się wyrwać z Karakola i Kirgizji.
Chan Tengri i bar Zarina mają jedną cechę wspólną – istniały zanim zaczęli przyjeżdżać do Kirgistanu cudzoziemcy i będą istnieć jeszcze długo po tym, jak cudzoziemcy zaczną omijać Kirgizję z daleka. Zarina i Chan pozostaną bez zmian.